KOCHAM CIASTECZKA, ale dbam też o Twoje bezpieczeństwo. Więcej o ochronie danych przeczytasz TUTAJ. Klikając Akceptuj, wyrażasz zgodę na używanie ciasteczek w celu usprawnienia korzystania z witryny.
„Zróbmy razem obiad dobry dla skóry” – mówi dziewczyna do kamery i układa na talerzu sardynki, łososia, marchew w cienkich wstążkach. To obietnica i plan na lepszą wersję siebie. Czy jednak jedzenie wystarczy by wyglądać, czuć się i rzeczywiście być zdrowym? Przyjrzyjmy się trendowi „Eat your skincare”.
Fenomeny Kulinarne
Trend „Eat your skincare”, kojarzony m.in. z Dani Cole, czy w polskiej wersji „Twoja skóra ci za to podziękuje” wypromowane przez Annę Karcz brzmi znajomo i bardzo przekonująco. Jedz tak, żeby było widać efekty. Każdy posiłek służy pięknej, błyszczącej cerze bez niedoskonałości, a co za tym idzie zdrowiu. W tej narracji bowiem dobry wygląd równa się dobra kondycja organizmu.
Posłuchaj podcastu Trend Alert: Eat your skincare
Lodówka = kosmetyczka
Marchewka przestaje być marchewką, zaczyna być „naturalnym retinolem”, sardynki zamieniają się w „botoks z puszki”, a każdy posiłek dostaje przypisaną funkcję. To już nie jest jedzenie dla przyjemności czy nawet dla zdrowia. To jedzenie dla efektu.
Lodówka zaczyna przypominać dobrze zorganizowaną kosmetyczkę. Każdy składnik ma swoje działanie, każda kombinacja ma sens, nic nie jest przypadkowe. Język jedzenia coraz bardziej przypomina język pielęgnacji – mówi się o składnikach aktywnych, o tym, co „działa”, co „wspiera”, co „regeneruje”. Jedzenie przestaje być doświadczeniem, a zaczyna być narzędziem, czymś, co ma nas przybliżyć do konkretnego efektu wizualnego. Bo to właśnie estetyczny wygląd jest na pierwszym planie.
Na pierwszy rzut oka „Eat your skincare” to przecież nic złego – ktoś pokazuje, jak jeść więcej warzyw, ryb, produktów bogatych w składniki odżywcze. Tylko że przy dużych zasięgach inspiracja bardzo łatwo zamienia się w normę. Nawet jeśli nikt nie mówi wprost „jedz tak jak ja”, to właśnie to komunikuje. A wraz z tym pojawia się porównywanie, ocenianie i przekonanie, że skoro twoja skóra nie wygląda tak, jak powinna, to gdzieś popełniasz błąd.
To prowadzi do ważniejszego pytania: co właściwie jest tutaj celem? Nie zdrowie w szerokim sensie, nie samopoczucie, tylko wygląd. Pod przykrywką dbania o zdrowie, dbamy głównie o to, by sprostać obowiązującym standardom i wyglądać tak jak internetowe influencerki.
Trendy „Eat your skincare” czy „Twoja skóra ci za to podziękuje” bardzo dobrze wpisują się w ideę healthismu, opisaną przez Roberta Crawforda w latach 80. XX w., w której zdrowie staje się nie tyle stanem, co projektem do zrealizowania. Mamy autoptymalizować swoją dietę i zachowanie – za stan organizmu odpowiada tylko i wyłącznie jednostka.
Jedzenie jako projekt
Dla promujących te trendy influencerek, jedzenie to zbiór składników odżywczych, służących konkretnym celom. A przecież to też relacje, kultura, pamięć i przyjemność. To wspólne stoły, spontaniczne decyzje, rzeczy, które nie mają żadnej „funkcji”, a jednak są ważne. W świecie „Eat your skincare” ten wymiar zaczyna się rozmywać. Ba! Jeśli jemy coś, co nam nie służy, automatycznie zostajemy uznani za słabych, tych, którzy folgują przyjemnościom.
Dlaczego sposób mówienia o jedzeniu ma znaczenie? Sprawdź w podcaście!
Do tego dochodzi jeszcze jedna rzecz – obietnica efektu, którego nie da się w pełni kontrolować. Owszem, dieta ma znaczenie dla kondycji skóry. Ale nie zastąpi snu, pielęgnacji, konsultacji dermatologicznej, ani nie zagwarantuje idealnego wyglądu.
Przekonanie, że ciało jest projektem, który da się zaplanować i zoptymalizować, a jedzenie jednym z głównych narzędzi tej kontroli może być bardziej szkodliwe niż pożyteczne.