KOCHAM CIASTECZKA, ale dbam też o Twoje bezpieczeństwo. Więcej o ochronie danych przeczytasz TUTAJ. Klikając Akceptuj, wyrażasz zgodę na używanie ciasteczek w celu usprawnienia korzystania z witryny.
Jeśli lata 90. kojarzą wam się z erzacem i rozpaczliwymi próbami naśladowania Zachodu, musicie sięgnąć po tę książkę. W „1991” Mariusz Mac udowadnia, że wspomnienia z dzieciństwa mogą być doskonałym punktem wyjścia do nowoczesnego, bezkompromisowego gotowania.
Fenomeny Kulinarne
Ach, jak doskonale ta książka wpisuje się w kulinarne trendy! To wręcz książkowy (sic!) przykład newstalgii – sentymentu w nowoczesnej interpretacji. Mariusz Mac opowiada o smakach swojego dzieciństwa (rok jego urodzenia nie bez powodu stał się tytułem), ale podaje je w swojej, autorskiej wersji. Uzupełnia też książkę o przepisy przywiezione z podróży czy improwizowane z tego, co akurat miał w lodówce.
Nostalgiczne, czyli jakie?
Autor poprzez dania opowiada o sobie i swojej rodzinie. Wspomina o ulubionej zupie taty, odwołuje się do tego, co gotowały jego babcia czy mama. Każda potrawa znaczy, ale jednocześnie trudno pozbyć się wrażenie, że Mac nieco przesadza. Pisze w sposób niezwykle egzaltowany (momentami zastanawiałam się, czy to aby nie AI) i o ile na początku jest to ciekawe, w miarę lektury staje się męczące.
Mimo to, „1991” doskonale się broni i, muszę to przyznać, jest jedną z najlepszych i najbardziej dopracowanych książek kucharskich ostatnich lat. No bo, powiedzcie mi, kto nie chciałby zjeść leniwych z paloną śmietaną? Carbonary z oscypkiem? Zupy pomidorowej z cytrynową śmietaną? Przepisy są fantastycznie bezczelne. Sami przyznajcie jednak, że trzeba mieć tupet, żeby napisać że nie cierpi się zup kremów, a potem zrobić o nich cały rozdział.
To książka, której każda strona ocieka indywidualizmem autora. Mac za nic ma sobie konwenanse, także te dotyczące książek kucharskich. Nie znajdziemy tu klasycznego podziału na dania główne czy przystawki, są za to zupy, kluski i kanapki. Autor zdaje się mówić: „Chcę podzielić się z wami tym, co umiem najlepiej, nawet jeśli przez to książka bywa chaotyczna”. Właśnie dlatego nie ogranicza się do smakowych wspomnień. Znajdziemy tu również przepisy na japoński ramen, wietnamską zupę pho czy francuskie pot au feu, wszystkie opowiadające o podróżach Maca i jego rozmaitych doświadczeniach.
Autor przekonuje, że zależy mu na tym, żeby ludzie gotowali z „1991”. Plamili ją sosem, pryskali tłuszczem, przewracali kartki ubrudzonymi przyprawami palcami. Serio? Ta książka jest bardzo niewygodna do zabrania do kuchni. Owszem, przepisy są ciekawe i zachęcające, ale na boga, umówmy się, że tego typu albumy raczej nie zagoszczą na stałe na blacie. Pamiętajmy, że kupujemy je nie tylko, a może nawet zupełnie nie po to, żeby z nich gotować. Chcemy artefaktów, pięknych rzeczy, które można przeglądać jak najlepszy album.
Czy książka kucharska może być modna?
Nie mogę bowiem nie wspomnieć o tym, jak „1991” zostało wydane. Mamy więc płócienną okładkę z wklejonym zdjęciem autora, DOS-KO-NA-ŁE, wibrujące kolorami fotografie dań (naprawdę, wszystkie wydawnictwa powinny potraktować tę książkę jak podręcznik wydawania pozycji o jedzeniu), błyszczący papier. I nietypowy format, nieco większy od standardowych książek kucharskich, bardziej albumowy.
Mariusz Mac udowodnił, że książka kucharska może być modna i pożądana. Kiedy się pojawiła, nie było chyba smakosza, który nie chciałby mieć jej na swojej półce. „1991” na stoliku kawowym. To przykład książki-artefaktu, atrakcyjnej jako przedmiot, z jednej strony ze względu na charyzmatyczną osobę autora, z drugiej na sam sposób wydania.
Mariusz Mac „1991”: podsumowanie
O czym jest ta książka? O nostalgicznych smakach w nowoczesnym wydaniu. Przepisy nie należą do najłatwiejszych, ale są niezwykle kreatywne. Pokazują, że w kuchni można bawić się smakami, łącząc te z pozoru do siebie niepasujące. To podróż w przeszłość, ale i wyprawa po autorskich interpretacjach dań z całego świata (nie bez powodu mamy tu przepis na ramen!)
Dla kogo jest ta książka? Dla tych, którzy uwielbiają bezkompromisowych, charyzmatycznych kucharzy, proponujących niebanalne przepisy. Jeśli lubicie próbować zaskakujących dań i nie boicie się zmierzyć z oryginalnymi recepturami, to książka dla Was. Ach, no i oczywiście, pokochają ją wszyscy ci, którzy doceniają pięknie wydane książki kucharskie, przypominające album.
Moje ulubione strony: Kocham zdjęcie pomidorowej (strona 64) z perfekcyjnym zawijasem z cytrynowej śmietany. Kryje się w nim bowiem esencja tej książki – tradycja i nowoczesność sparowane w jednym talerzu.
Czy i dlaczego warto ją mieć? Warto, ponieważ bardzo rzadko zdarzają się na polskim rynku tak dopracowane pozycje. Tu wszystko się zgadza, a zdjęcia są po prostu doskonałe. Piękna rzecz.
Najlepszy cytat: „Gotowanie nie jest rekonstrukcją – jest rozmową. Z tym, co było. Z tym, co pamiętam. Z tym, co chcę przekazać dalej. To książka o gotowaniu, które smakuje jak dom – nawet jeśli się od niego odeszło. A jeśli nigdy się go nie miało, to może uda się go ugotować”. (s. 13.)
Podobne książki: Michał Korkosz „Rozkoszne” i „Nowe Rozkoszne”