KOCHAM CIASTECZKA, ale dbam też o Twoje bezpieczeństwo. Więcej o ochronie danych przeczytasz TUTAJ. Klikając Akceptuj, wyrażasz zgodę na używanie ciasteczek w celu usprawnienia korzystania z witryny.

Jak Anthony Bourdain nie zmienił mojego życia: „Tony” (recenzja)

Jak Anthony Bourdain nie zmienił mojego życia: „Tony” (recenzja)

Anthony Bourdain nie sprawił, że zaczęłam interesować się jedzeniem. Nie spijałam z jego ust każdego słowa, oglądając programy, w których podróżował po całym świecie. Może dlatego film „Tony” zostawił mnie obojętną – ot, kolejna historia o dojrzewaniu.

Filmy i seriale

Nie zrozumcie mnie źle – uważam, że Bourdain zmienił sposób mówienia o jedzeniu i pokazywania go na ekranie, a jego charyzma i bezczelne nieowijanie w bawełnę sprawiły, że stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci kulinarnego świata. I to postaci, z którą można się utożsamić. Kucharz, pisarz i podróżnik w jednym, często bowiem opowiadał o własnych demonach i niełatwej drodze na szczyt.

W „Tonym” obserwujemy same jej początki. Krnąbrny, rozmemłany, młody Bourdain (w tej roli świetny Dominic Sessa) chce zostać pisarzem, nie dostaje jednak wymarzonego stypendium, musi więc zacząć zarabiać w inny sposób. Przypadkiem trafia na zmywak do jednej z małych knajpek w Cape Cod i dostaje (dosłownie) kubeł zimnej wody na głowę. W tle jest też oczywiście historia miłosna, kilka bójek i narkotyki.

Jeśli oczekujecie filmu „coming of age” z niezłymi postaciami, całkiem w porządku historią i happy endem, będziecie zadowoleni. Bo „Tony” jest zrobiony sprawnie, ogląda się go dobrze, a zęby nie zgrzytają przy kolejnych dialogach. Jeśli natomiast oczekujecie filmu biograficznego, możecie się rozczarować.

Bourdain wygładzony

Historia w „Tonym” jest bowiem prosta, wygładzona na potrzeby filmowego medium. Mamy więc trudne początki, stopniowe łapanie bakcyla i przechodzenie z walki z mentorem do akceptacji jego wiedzy (Antonio Banderas gra koncertowo, jego szef kuchni to chyba najciekawsza postać w filmie), a finalnie do odnalezienia nie tylko zawodowego powołania, ale i miłości. Każdy jednak kto czytał kultową książkę Bourdaina o kulisach gastronomii „Kitchen Confidential” wie, że to nie do końca prawda.

Zabrakło mi w tym filmie odwagi. Bo przecież historia nawet tylko młodości kucharza to opowieść o ciągłych wzlotach i (dużo częstszych) upadkach. O wielu różnych kuchniach, ambicjach ciągle zderzających się z rzeczywistością, brudzie, hałasie, narkotykach, seksie, nielegalnych interesach. Problemach z restauracyjnymi właścicielami, dostawcami, gośćmi. W filmie pobrzmiewa to jako lekki szum w tle, czasami ostrzeżenie (historia Sala), ale i coś, co łatwo można wygładzić, jednorazowy wybryk, niegroźny eksces.

Nie bez powodu najlepiej wybrzmiewają w filmie sceny wprost wyjęte z książki – naiwna prośba o krem na oparzenia po złapaniu gołą dłonią rozgrzanej patelni czy… seks z panną młodą (tak, to również jedno ze wspomnień opisanych w „Kitchen Confidential”). Narkotyki i seks to zresztą tylko wierzchołek góry lodowej i to jeszcze wcale nie najciekawszy.

Jednym z najlepszych fragmentów książki jest rozdział opisujący dzień z życia kucharza. W filmie tematy szaleństwa, gorączki gotowania, ale i radzenia sobie z pracownikami, dostawcami i gośćmi, zostały zaledwie liźnięte.

Więcej jedzenia!

Podobnie zresztą jak samo jedzenie. Bourdaina w kuchni zatrzymała tak naprawdę miłość do ciągłej adrenaliny i do dobrego jedzenia. Tego drugiego również w filmie brakuje. Dostajemy właściwie jedno danie – francuskiego homara thermidor – które zostało pokazane właściwie tylko po to, żeby udowodnić widzom wewnętrzną przemianę Tony’ego. Oto niezainteresowany niczym poza sobą, zbuntowany nastolatek, odnajduje coś na kształt prawdziwej pasji (a przy okazji może zaimponować dziewczynie).

Nie do końca wiadomo jednak, dlaczego jedzenie jest dla bohatera ważne. To trochę tak jakby zaczął przypadkiem pracować w warsztacie samochodowym i postanowił zostać mechanikiem.

Współczesny bóg

Największy problem filmu „Tony” polega na tym, że poza kilkoma szczegółami, to mogłaby być historia o każdym innym, niekoniecznie o Bourdainie. Jeśli tak właśnie na nią spojrzeć, okazuje się, że film jest typowym przyjemniaczkiem, w którym końcowy happy end nie zostawia miejsca na pytania, wątpliwości czy refleksje. Twórcy klepią nas po plecach, mówiąc że wszystko będzie dobrze. No cóż.

W przypadku „Tony’ego” mamy do czynienia z ciekawym zjawiskiem. Oto bowiem każda krytyka filmu traktowana jest jak wymierzona w samego Bourdaina. Od razu niemal rozlegają się krzyki, że tak nie wolno, nie wypada i że przecież to najbardziej zasłużony człowiek w historii gastronomii.

Jego tragiczna śmierć sprawiła, że usprawiedliwiamy traktowanie Bourdaina jak półboga – człowieka bez wad, genialnego i niemal nieomylnego. A tymczasem sam Tony pewnie popukałby się w czoło. Jak mało kto bowiem był świadomy własnych słabości i nie lubił egzaltacji.

Dlaczego tak chętnie wybieramy sobie postaci, które mają nas przez życie prowadzić? Szukamy w nich odwagi, której sami czasem nie mamy, gotowych odpowiedzi na pytania, z którymi nie potrafimy się zmierzyć, i potwierdzenia, że nasze własne wybory mają sens. Z czasem człowiek, którego książki czytaliśmy i programy oglądaliśmy, przestaje być po prostu człowiekiem. Staje się przewodnikiem, a każda próba podważenia jego legendy zaczyna wyglądać jak atak na nas samych.

Bourdain nie potrzebował jednak być nieomylny, żeby być ważny. Jak wspomniałam na początku – mimo, że lubiłam i oglądałam programy Bourdaina, nigdy nie stał się dla mnie nieomylnym idolem. Imponowało mi jego podejście do podróży, podziwiałam odwagę w mówieniu o wielu sprawach i wyjątkowe poczucie humoru. Nauczył mnie otwartości na świat i szukania autentycznego jedzenia w trakcie wszelakich wypraw. Jednocześnie nie mogłam znieść jego komentarzy dotyczących kobiet czy uszczypliwości kierowanych do wegetarian. 

Film próbuje zrobić z niego konwencjonalnego bohatera, którego łatwo polubić. Bourdain był przecież ciekawy również wtedy, kiedy trudno było go polubić. A przecież ciekawił nas właśnie dlatego, że jednocześnie potrafił być bardzo czuły i bardzo nieprzyjemny, otwarty i pełen uprzedzeń, zachwycony światem i cyniczny. To te pęknięcia sprawiły, że jego opowieści miały taką siłę.

„Tony” – czy warto obejrzeć?

„Tony” pokazuje moment, w którym przyszły Bourdain dopiero zaczyna się kształtować. Problem w tym, że robi to trochę tak, jakbyśmy już z góry wiedzieli, kim ten człowiek ma zostać. Dostajemy więc kolejne elementy układanki: kuchnię, mentora, dziewczynę, pierwsze sukcesy i wreszcie decyzję, że oto znalazł swoje miejsce. Wszystko się zgadza, tylko gdzieś po drodze znika przypadek, chaos i cała ta nieprzewidywalność, która była przecież częścią jego historii.

Dla kogoś, kto nigdy nie zetknął się z Bourdainem, „Tony” może być jednak całkiem przyjemnym wprowadzeniem do jego historii. Być może zachęci też widzów, by sięgnęli po „Kitchen Confidential” – książkę, która znacznie lepiej niż film pokazuje, co właściwie uczyniło Bourdaina tak wyjątkową postacią. 

Dlatego „Tony” nie jest dla mnie filmem o Bourdainie, którego znałam z książek i programów. Jest raczej filmem o młodym człowieku, który mógłby zostać Bourdainem. Znamy zakończenie tej historii, a twórcy próbują wmówić nam, że po drodze wszystko było znacznie bardziej uporządkowane, niż w rzeczywistości. Szkoda tylko, że film o człowieku, który przez całe życie tak skutecznie uciekał od banału, sam momentami okazuje się całkiem banalny.

„Tony”: Podsumowanie

O czym jest ten film? O młodym człowieku, który szuka własnej drogi i sposobu na życie. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Okazuje się, że wiedzie ona przez kuchnię.

Dla kogo jest ten film? Dla tych, którzy kochają Bourdaina, bo to historia, która pozwala na chwilę zapomnieć o prawdziwym świecie. I dla fanów filmów o dojrzewaniu.

Mój ulubiony fragment: Wspólne łowienie ryb w środku nocy i pieczenie ich na ognisku na plaży – doskonale pokazuje siłę jedzenia!

Czy i dlaczego warto obejrzeć? Warto, ale krytycznie. To dobrze zrobiony, przyjemny film. Ale samego Bourdaina jest tu mało.

Podobne filmy: „Punkt wrzenia”, serial „The Bear”

Film „Tony” , reż. M. Johnson.

Fot. materiały prasowe

Może Cię też zainteresować